Datale
Powroty sa ciezkie. widze to jasno - żyje na granicy dwoch wymiarow. Wstepuje w bryndze kaluzy , zeby po chwili wyskoczyc i wskoczyc w nastepne bloto. Jakos nie moge usiasc i nie pedzic gdziekolwiek. Nie potrafie wybaczcie. Jeszcze ciagle mam to wyobrazenie o swojej przyszlosci - scena i w piatek juz wszyscy tam beda , nikt nie bedzie musial wybierac co robic tego wieczoru. Wszyszcy przyjda i damy kurwa taki show, ze jeszcze dlugo mowic beda dookola ze “cos mialo miejsce”. Spokojnie to tylko wizja. Bierzmy poprawke na to ze jak sie zamknie oczy to wszystko jawi sie w kolorach swiatel wielkich ramp. Najpierw to musimy przebrnac z detalami .. tymi pierdolami ktore beda smieszne jak zabrzmia pierwsze dzwieki.

Jestem zawsze malo psychicznie optymistycznie nastawiony, zeby podolac zmaganiom tych cholernych malych detali, ktore wlocza sie za czlowiekiem od wyjscia do wejscia, od wejscia do wyjscia. Przeszadzaja wyzwoleniu tworzenia, ograniczaja cie do roli biurokraty. Te uszczypliwe male detale , ktore zalegaja przestrzenie przeznaczone do wolnosci. Tragicznym jest fakt ze w tworzeniu muzyki trzeba miec rytual zalatwiania drobnych spraw, bo wszystko rozpieprzy sie w kawalki. Wiec co trzeba? Placic za kanciape reguralnie. Dorobic klucze. Ustalac godziny i dni prob. Odbierac telefony od drugiego. Uczyc sie grac piosenek…hmm. Tak to bardzo wazny detal. Idealna hybryda cold turkey i symfonii Beethoven’a. Zalatwiac koncerty. Znowu dzwonic. Kupic sobie nawet zestaw kostek zeby nie musiec pozyczac od chlopakow i wytezac postawe na wdechu,ze jest sie przygotowany. Stroic sie w skali 440. Ograniczyc napoj zwany piwem. Nagrywac partie sciezki po sciezce. Odsluchiwac w nieskonczonosc. Mentalnie zwariowac , albo i ogluchac czyli zaopatrzyc sie w czujnosc rytmu przerw. Wprowadzac slowa w skale rytmy i rymy. Pisac orginalne utwory.. choc najchetniej gralibysmy cale zycie covery Kings of Leon i Radiohead. Inni graja Beatelsow i co?. Detal orginalnosci. Isc do sklepu i kupic sobie ciuchy. Zwykly second hand wystarczy. Niepowtarzalnosc u fryzjera. Pojawiac sie w srodowisku muzycznym. Puby, koncerty wazne uroczystosci zwiazane z lokalna scena muzyczna. mantrowac jak to eksplozja wisi w powietrzu. Znosic fochy, ambicje, problemy zycia prywatnego czlonkow zespolu. Zalozyc sobie petle na szyje i zagrysc zeby i starac sie ciagnac te pieprzony rydwan ognia, Syzyfie! jednostajnie przyspieszonym pod gore wznos sie kulego!…..a potem sie zarzygac tym wszystkim i pojsc spac. Wszyscy z nas maja tak samo i kazdy niech sie podpisze!
Mimo tego wszystkiego postanawiam wrocic i sprobowac nie spieprzyc. Bo wechem swobodnym oceniam sytuacje. Podskornie obcuje z embrionem waznosci naszego tworu muzycznego. Tylko te pieprzone detale. Postanawiam odkurzyc swoj notatnik i zapisywac co trzeba. Pamiec nie ta , a wieczne pioro zawsze pod reka. Wiec piersza czynnosc do zrobienia na czołowej stronie pisze pogrubiona czcionka.: Oddychaj Levy, oddychaj gleboko baranie!
Komentarzy: 3
dodane: 30-10-2008 ... przez: levy ... jako muzyczne, myśli czarne, myśli nieuczesane ...

Nie rozumiem Twojego niepokoju, Levy.
Muzyka uprawiana profesjonalnie to zawód, który przynosi
(lub nie) pieniądze, tak samo jak każda inna praca. I tak samo jak w każdej innej pracy nie można pić piwa, tak samo trzeba załatwiać mnóstwo biurokracji. Ten zawód ma nawet tę przewagę nad całą resztą, że do “detali”, jak to nazywasz, potrzebny jest tylko dobry menagement. Najważniejsze, żebyście ogarnęli czym prędzej chaos talentów w ogarniętą maszynę do zarabiania pieniędzy i!! produkcji balsamów dla duszy. Pisanie tekstów i wałowanie milion razy tej samej piosenki to radość, którą artyści czerpią z tego wszystkiego… Chciałabym w końcu kupić tę Waszą płytę
wlasnie … ninaczej… to bylo ukryte ogloszenie: Tak, szukamy managera
pozdrawiam majka
marze o tym
i jeszce tylko o jednym 